Są góry i górzyska. I jest Wielki Chocz - góra, której nie da się łatwo zaszufladkować. Stoi sobie sama niczym pustelnik i trudno ją przyporządkować do jakiegoś pasma. Zewsząd natomiast otaczają ją pasma górskie. Daleko na północy widać nasz Beskid Żywiecki na czele z Babią Górą i Pilskiem, od wschodu Tatry Zachodnie, od południa Tatry Niskie i wreszcie od zachodu Mała i Wielka Fatra. Przy ładnej pogodzie z W.Ch. widać znaczną część Słowacji. Dla mnie zdobycie Wielkiego Chocza było sprawą honoru. Ponad rok temu nasza wyprawa zakończyła się fiaskiem bo zgubiliśmy szlak a marsz na orientację doprowadził nas w gąszcz kosówki, której nie daliśmy rady już sforsować. Nie pokonał nas jakiś ambitny dwutysięcznik tylko Wielki Chocz liczący raptem 1608 m n.p.m. Taki stan rzeczy nie mógł trwać dłużej.
Ponieważ wyjątkowo zapowiadała się ładna pogoda (rzadkość w ostatnim czasie) to uznałem, że teraz albo już w przyszłym roku. Sobota po piątkowej imprezie była dniem trudnym, ale wstając o 4 rano w niedzielę, wspomagany Slayerem (tu ukłony dla Łukasza T.) czułem już moc

. Tym razem w rolę kierowcy wcielił się Andrzej, więc mogłem wziąć nieco większe zapasy niż zwykle. Na wyprawę zabraliśmy również mojego znajomego z pracy (także Andrzeja) i jego żonę Krysię.
Alleluja – Zakopianka wreszcie wyremontowana. Oby ten stan trwał jak najdłużej. Tuz po 8 jesteśmy już w Wyżnym Kubinie i parkujemy nieopodal małej kaplicy. Przebieramy się a towarzysze pytają mnie gdzie te góry, bo mgła okrutna. Ja jednak jestem dobrej myśli i wierzę, że mgły szybko zejdą. Początek trasy jest niezwykle błotnisty, a na pobliskich łąkach srebrzy się szron. No cóż to koniec listopada. Na szczęście moje przepowiednie się sprawdzają i mgła szybko opada.
Wkrótce zobaczyliśmy niebieskie niebo, które nam towarzyszyło już do końca wędrówki. Idziemy szlakiem zielonym – tym który zgubiliśmy rok temu. Teraz wydaje nam się świetnie oznakowany, ale jesteśmy już bardziej uważni.
Widoki coraz bardziej się rozszerzają. Coraz dokładniej widać Małą Fatrę z Wielkimi: Krywaniem i Rozsutcem na czele.
Dochodzimy do polany a przed nami piętrzy się już kopuła szczytowa. Szlak do tej pory był dość męczący. Konsekwentnie piął się w górę a momentów wypłaszczeń praktycznie nie było. Teraz zamieniamy szlak zielony na czerwony.
Przed wierzchołkiem ciąg łańcuchów nieco przypominających te na szlaku na Śnieżkę (bardziej taka poręcz z łańcuchów). Może są przydatne w jakichś ekstremalnych warunkach pogodowych - przy warunkach normalnych są zupełnie zbyteczne. Tuż za łańcuchami po prawej stronie wyłaniają się Niskie Tatry z niesamowitym morzem mgieł poniżej. Uwielbiam takie widoczki…
Stąd na szczyt już przysłowiowy rzut beretem, a podążamy już cały wśród kosówki. I po nieco ponad 3 godzinach stajemy na Wielkim Choczu. Wiele naczytałem się o widokach jakie można dostrzec z tego szczytu. Istotnie jest on fenomenalnym punktem widokowym.
Pierwsze w oczy rzucają się ośnieżone szczyty Tatr.
Ale widoki na inne strony świata są niemniej ciekawe. Dla każdego coś miłego (jest i Liptowska Mara). Krysia z Andrzejem docierają jakieś pół godziny po nas, ale najważniejsze, że dają radę. Widać, że są zadowoleni z osiągniętego celu i chłoną widoki.
Z uwagi na pogodę na szczycie jest pełno ludzi. Zdecydowanie przeważają Słowacy, ale da się i usłyszeć język Polski. Łączy ich wszystkich jedno - miłość do gór. Nie ma tu żadnych rozwrzeszczanych dzieciaków, dodopodobnych panienek i wyżelowanych gości. Od razu czuje się sympatię do tych ludzi. Na szlaku nie było chyba człowieka, który by się nie odezwał przechodząc obok. Jest w tym jakiś niepowtarzalny klimat. Po ponad półtorej godzinie spędzonej na szczycie schodzimy z powrotem. Tym razem idziemy odwrotnie. Najpierw szlakiem zielonym a potem czerwonym zakreślając symboliczną pętelkę. Po pół godzinie dochodzimy na rozległą polanę (Stredna Polana)
na której stoi tzw. Hotel Chocz – koliba mogąca dać schronienie kilku osobom.
Czym jednak byłaby wyprawa na Wielki Chocz bez zgubienia szlaku ? Zatem tradycji stało się zadość. Ze Strednej Polany mieliśmy schodzić szlakiem zielonym i wiedząc o tym, wszyscy jak jeden mąż poszliśmy szlakiem niebieskim. Zorientowaliśmy się gdzieś po ok. 15 minutach po zdeniwelowaniu jakichś 100 m w pionie. Niestety trzeba było wykrzesać jeszcze trochę sił i wrócić na Stredną Polanę. Dalej już bez przygód: szlak zielony a następnie czerwony do miejscowości Jasieniowa. Na dole jeszcze załapaliśmy się na zachód słońca.
Petem jeszcze kawałek asfaltem i jesteśmy przy samochodzie. O zgrozo poboczem tej drogi nie mogą chodzić piesi – co kawałek stoi znak zakazu. Nie wiem którędy mają chodzić, bo chodników tam nie dostrzegliśmy.
Podsumowując - wycieczka była bardzo udana, dziękuję współuczestnikom za miłe towarzystwo.
Wielki Chocz to szczyt wspaniały, o nieprawdopodobnym, rozległym widoku. Trzeba jednak pamiętać, że by na niego wejść trzeba pokonać ok. 1100 m różnicy wzniesień. Pod tym względem Wielki Chocz nie ustępuje niektórym tatrzańskim szczytom, więc wybierając się na niego trzeba mieć jaką taką kondycję. Zmęczenie dopadło mnie dopiero w domu, bo Columbo zaczęliśmy oglądać wspólnie z żoną a skończyła już sama. Ponoć kluczowy był psi pazur i złamana gałązka żywopłotu. Musze chyba zapodać sobie jeszcze raz

.
Pozdrowienia.
Wojtek (Carcass)
P.S. Jak znajdę chwile to stworzę panoramę ze szczytu.