W czerwcu, podczas kolejnej wizyty na wschodnim wybrzeżu US&A planowałem przejście ciekawej, dwudniowej trasy w
Górach Białych w New Hampshire. Niestety okazało się, że będę miał jedynie jeden dzień i należało zmienić plany. Znajomy doradził okolice
Franconia Notch State Park, gdzie udało mi się znaleźć ciekawą, jednodniową trasę...
Start wczesnym rankiem z Bostonu i chwilę po 7 rano jestem na miejscu. Po chwili od startu z parkingu na drzewie informacja o zerwanym moście. Niestety nawet po konsultacji z mapą nie udaje mi się ustalić o jaki most chodzi. Na mapie tylko jeden i to w sumie niedaleko od startu, spokojnie do obejścia po niedalekim moście autostradowym. No zobaczymy.

Na szlaku mokrawo, co chwila jakieś potoczki przecinają ścieżkę, ale idzie się ok... Jeszcze nie wiem, że taka ilość wody to nic w porównaniu do tego przez co będę musiał się przedostawać...


W końcu docieram do tego mostu z mapy i okazuje się, że stoi. Dalej na szlaku żadnych innych mostów nie ma, więc nie wiadomo o co chodzi...


W końcu docieram do rozdroża. Początkowo planowałem iść w lewo, po prostu podążając Appalachian Trail, ale po kolejnym zerknięciu na mapę stwierdziłem, że po co iść krótszym wariantem, skoro można dłuższym - w końcu oba zaprowadzą mnie tam gdzie chciałem na grań pasma
Franconia Range. No i przy dłuższym wariancie zahaczę jeszcze o jeden dodatkowy szczyt -
Mount Flume.

Typowa kamienista leśna ścieżka, ale po chwili docieram do pierwszego ze strumyków przecinających szlak. Ten jeszcze nie stanowi żadnego problemu.


Kolejny jest za to już dość problematyczny. Dość rozległy, żadnych dogodnym kamieni, na których można by stanąć, a jakoś nie widzi mi się moczenie butów już na samym początku wyjścia. No i przechodzenie na bosaka też jest jakieś takie mało zachęcające.


Stwierdzam, że może podejdę trochę w górę strumienia i uda mi się znaleźć jakieś dogodniejsze miejsce. Podchodzę jakieś kilkanaście-kilkadziesiąt metrów, przymierzam się w kilku miejscach, ale idealnie to to nie jest. Kamienie albo się strasznie chyboczą, albo są mega śliskie. Albo i to i to. W końcu znajduję coś w miarę stabilnego i w dwóch wielkich skokach pokonuję strumień.


Po kilku minutach marszu - kolejny. Patrzę na mapę - wszystkie faktycznie zaznaczone, ale spodziewałem się jakiejś kładki czy czegoś. Zresztą pewnie w porze bezdeszczowej te strumienie są nie takie złe, ale teraz - po kilku dniach deszczu i zaraz po roztopach wody jest dość dużo.



I kolejny strumień. Trochę kombinowania znowu i jakoś się przechodzi.


Po pokonaniu tego z mapy wynika, że został jeszcze jeden do zrobienia. No i za chwilę się wyłania zza zakrętu. Podchodzę do brzegu i stwierdzam, że tutaj jestem bez szans. Rozległe, śliskie, w górę i w dół żadnej poprawy. Kiedy tak stoję nad strumieniem wyprzedza mnie jakiś inny hiker - z kijkami i bez problemu pokonuje przeszkodę. Pożyczam kijki i okazuje się, że w sumie w ten sposób to nie stanowi żadnego problemu.

Od tego momentu szlak ciście znacznie pod górę, ale nadal jest to kamienista ścieżka.


W pewnym momencie docieram do tego - skalne płyty, pod dość dużym nachyleniem - jakby same w sobie nie były śliskie to dodatkowo po całości płynie woda. Żeby tylko na tym nie pojechać, bo zjazd byłby niezbyt przyjemny. Tempo spada, bo trzeba ostrożnie wybierać miejsca gdzie się staje i uchwyty dla rąk.



Nabieram nawet wątpliwości czy to właściwa droga, ale żadnej innej po drodze nie było więc pozostaje tylko cisnąć w górę.


Po chwili docieram do skrzyżowania, że ścieżką biegnącą na grań - tak więc droga była właściwa. Wychodzę też z lasu i ukazuje się cudowny widok.


W oddali widać kolejne szczyty pasma, ale na początek wypadałoby dotrzeć do tego pierwszego.



Po pierwszym szczycie znacznie w dół. Miejscami widać jeszcze pozostałości śniegu. Ale przynajmniej pogoda się znacznie poprawia. W sumie zaczyna trochę przypiekać.



Z kolejnego szczyty świetne widoki. Można by powiedzieć, że zupełna dzicz w każdym kierunku, gdyby nie ta dwupasmowa Interstate 93, której ślad trochę tylko widać...



Widać już cel mojej wędrówki - Mount Lafayette - 1600 metrów.


Po kolejnym szczycie znowu w dół i w górę.


Widać już też Cannon Mountain z (podobno) dużą ilością tras wspinaczkowych oraz kolejką na szczyt.

Docieram do szlaku graniowego. Od tego momentu na górze już dość tłoczno. Zacząłem dość późno a jest już lekko po południu.



Po drodze spotykam starszego pana robiącego Appalachian Trail. W ubiegłym roku zrobił południowe chyba 2000 kilometrów i w tym roku kończył te pozostałe 1500. Od miejsca w którym go spotkałem już tylko niecałe 600 kilometrów. Idziemy razem przez kawałek szlaku a w końcu ja decyduję się zrobić przerwę na podziwianie a on ciśnie dalej.



Po krótkiej przerwie zostaje mi już ostatnie podejście - na szczyt Mount Lafayette. Z tego miejsca widać już znajdującą się na zejściu chatkę Appalachian Mountain Club.



Ostatni fragment pod górę i Mount Lafayette zdobyta. Teraz tylko do chatki i potem już z górki.


Z samej chatki widok na całe pasmo.



W samej chatce stoły z ławami, jest herbata, kawa i kilka ciast do wyboru. Wszystko stoi po prostu na stole, jest podana cena i jak coś bierzesz to wrzucasz po prostu kasę do otwartej puszki, która stoi obok. Można sobie też wybrać resztę jak ktoś nie ma drobnych. Na prawdę się dziwię, że to działa, nawet mimo tego, że chatce jest obsługa - po przeciwnej stronie pomieszczenia jest sklepik i kuchnia, gdzie pieką te ciasta i można tam też dostać też tylko jakąś jedną zupę.
Zaglądam do sklepiku. Prowadzi go starszy pan i sprzedaje różne gadżety AMC - są koszulki, przypinki, piny i tym podobne oraz mapy. Ucinam sobie z nim krótką rozmowę. Kiedy dowiaduje się, że jestem z Polski, wyciąga telefon i zaczyna pokazywać mi zdjęcia... z Tatr. Był w ubiegłym roku, chyba na tydzień, zdobył Rysy i klika innych szczytów. Jest zachwycony Tatrami i bardzo zazdrości infrastruktury - utrzymania i oznakowania szlaków oraz schronisk (w sumie chyba każde schronisko ma lepszy bufet niż ta chatka

).
Od chatki wybieram mniej uczęszczany szlak w kierunku parkingu przy Cannon Mountain.



Faktycznie mniej uczęszczany bo na całym tym fragmencie spotykam tylko jedną osobę. Po dotarciu do I93 trzeba wymyślić jak tu się dostać do samochodu. Próbuję stopować, ale po 10 minutach jedyne co osiągnąłem to kilka osób, które mi pomachało z samochodu. Idę na parking przy kolejce i łapię ludzi z niej wracających. Drugie podejście i podwózka załatwiona. Teraz tylko dwie i pół godziny i na kolację jestem w Bostonie. Wypad trzeba uznać za udany...

Publikując ten wpis zorientowałem się, że w sumie mam już kilka szlaków długodystansowych na których zrobiłem jakieś minimalne fragmenty, a jakoś się nie zapowiada abym coś ukończył:
- ponad 20 km na Israeli National Trail
- 10 km na Golan Trail
- fragmenty John Muir Trail
- moje nieudane podejście na GSŚ
- ten fragment Appalachian Trail.
Może na emeryturze?