Jako, że zrobił się już listopad a urlopu do wykorzystania pozostała jeszcze masa zdecydowałem się na wypad w Beskidy.
Na początek poszedł Beskid Śląski z Bielsko-Białą jako punktem wypadowym, głównie ze względu na łatwy dojazd oraz transport po okolicy.
Dzień 1 - czwartekNa pierwszy ogień trasa dostępna dosłownie z autobusu miejskiego w BB. Lekko przed siódmą rano docieram autobusem na pętlę Cygański Las z której startuje kilka szlaków w ogólnym kierunku Szyndzielni. Decyduję się na szlak zielony, aby po drodze zahaczyć o schronisko Stefanka. Wybór szczerze mówiąc taki sobie. Szlak w dużej części prowadzi po dawnej trasie saneczkowej - dużo zakrętów oraz betonu.


Do schroniska docieram punkt 8, niestety okazuje się, że otwarte dopiero od 9. No nic, trzeba cisnąć dalej, bo godziny tu siedział nie będę tylko czekając na śniadanie...

Wychodząc na Kozią Górę rozpościera się przede mną widok na jak się domyślam pierwszy z celów dzisiejszej wędrówki.

Niestety od Koziej Góry na początek trzeba troszkę zejść do przełęczy, niby niewiele, ale przecież miało być do góry. A do góry się jednak robi - w końcu trzeba jeszcze zdobyć te 400 metrów. Do schroniska na Szyndzielni docieram około 10:30 i na szczęście jest otwarte - w końcu czas na śniadanie!
A z jadalni schroniska taki oto świetny widok:

Po śniadaniu tylko przystaję cyknąć fotkę pod tabliczką szczytową Szyndzielni i z nową energią udaję się dalej. Plan jest taki: szczyt Magury, fotka na górze, schronisko Klimczok i herbata a potem na Klimczok. Niestety na Magurze tabliczki nie udaje mi się znaleźć a w dodatku pogoda trochę się psuje i zaczyna popadywać. Tak więc przerwa na herbatę w schronisku i czekamy co z tej pogody wyniknie.
Po posiadówce w schronisku z pogody wynika tyle, że dalej kropi. Nie ma co czekać i trzeba zbierać się na Klimczok.

Od Klimczoka w kierunku Błatniej robi się już konkretna mgła (albo chmura), ale ma to swój klimat.



A na Błatniej znowu schronisko. Tym razem pora już w sumie obiadowa, więc nie można nie wejść.

Po obiedzie decyduje się już tylko na powrót do BB - szlak niebieski prowadzi jeszcze przez kilka pagórków, ale docelowo ma mnie wyprowadzić na przystanek autobusowy, który zabierze mnie już do centrum.
Po drodze z ciekawszych obiektów jeszcze tylko zapora na jeziorze (i bardzo strome do niej zejście). Niestety zapora niedostępna dla turystów.

Od jeziora już prosta droga i docieram na przystanek - autobus już za 15 minut...
Dzień 2 - piątekNa dzień 2 decyduję się na trasę nie bezpośrednio z BB - jest to piątek, czyli liczę na to, że PKSy będą bardziej dostępne niż w weekend.
Celem jest Skrzyczne ze Szczyrku. W ostatniej chwili orientuję się, że szlak niebieski, który początkowo planowałem będzie raczej niezbyt porywający, gdyż idzie wzdłuż wyciągów narciarskich i decyduję się na podejście szlakiem zielonym.
Już po chwili okazuje się to chyba dobrą decyzją bo pojawiają się całkiem ok widoki.


Widać też dalszą trasę, która w kilku miejscach przecina trasy narciarskie, ale nie jest to jakoś uciążliwe.

Potem trasa wchodzi na chwilę w niewielki lasek i robi się z niej bardzo fajna, trochę przypominająca wyższe góry ścieżka.

Na samym finiszu oraz na szczycie wieje konkretnie. Tak jak całą trasę szedłem tylko w bluzie, teraz przydało by się już coś trochę blokującego wiatr. Ale jako, że do celu już bardzo blisko nawet nie chce mi się zatrzymywać, aby coś wyjąć z plecaka.
W samym schronisku cieplutko, bo w piecu napalone, można się porządnie ogrzać i wciągnąć jakieś śniadanko.
Dzisiaj pogoda na prawdę dopisuje i na trasie od Skrzycznego w kierunku Malinowskiej Skały cudowne widoki.



Od Malinowskiej Skały zejście w kierunku Przełęczy Salmopolskiej. Po drodze znajduję jeszcze jaskinię Malinowską, a jako, że mam przy sobie czołówkę decyduję się na zejście. Dwa ciągi drabinek i trochę klamer wbitych w skałę. Nic skomplikowanego.


Po dojściu na Przełęcz Salmopolską okazuje się, że najbliższy autobus za jakieś 3 miesiące, tak więc trzeba wrzucić jeszcze te dwa dodatkowe kilometry po żółtym szlaku. Trochę nuda, ale wyjścia nie ma.
Dzień 3 - sobotaW sobotę znowu zaplanowany start z BB. Autobus miejski zabiera mnie prawie do przełęczy Przegibek - tzn trzeba jeszcze zrobić jakieś półtora kilometra i 150 metrów w górę. Niestety po drodze pogoda się dość psuje i zaczyna padać.


Na szczęście do schroniska na Magurce już nie daleko. Docieram tam lekko po 8, na drzwiach niby informacja, że kuchnia od 9, ale jest już czynne. W czasie w którym jem śniadanie pogoda się trochę poprawia.


Niedaleko od schroniska, przy samym szlaku wyczytuję z mapy, że jest jakaś kolejna jaskinia. Niestety okazuje się, że wejście jest dość niskie a mi się nie chce czołgać w liściach, którymi jest zasypane, tak więc zwiedzanie wnętrza sobie odpuszczę. Może następnym razem.

A chwilę potem już Czupel. Najwyższy okoliczny szczyt. Jeszcze wcześnie więc stwierdzam, że zejdę sobie niebieskim do Czernichowa a potem podejdę zielonym do Łodygowic na pociąg do BB.


W Czernichowie zahaczam o piekarnię i ogarniam drugie śniadanie a potem jeszcze wejście na zaporę...



Ze szlaku zielonego całkiem ok widok na górę Żar. Startuje też dużo szybowców wyciąganych za samolotem, które potem krążą po okolicy.
W Łodygowicach koniec trasy. No i dochodzi jeszcze pół godziny czekania na pociąg do BB.
Dzień 4 - niedzielaW niedzielę pogoda niestety dość parszywa. Pada dość konkretnie. Na szczęście nic zaplanowanego nie miałem. Decyduje się tylko na szybki spacer do schroniska Stefanka, coby tym razem tam się na śniadanie (i pieczątkę) załapać. Tym razem szlak czerwony + niebieski. Okazuje się on znacznie przyjemniejszy i szybszy od zielonego. Tak więc śniadanko, powrót tą samą trasą a potem już powrót do domu.
Mimo takiej dość przeciętnej pogody wyszła mi całkiem ciekawa wycieczka. Mimo, że taka niby późna jesień to chodziło się bardzo przyjemnie. No i bez tłoku. Na wszystkich szlakach spotkani tylko jacyś pojedynczy turyści.
CDN.