Dobra, lecimy z dniem drugim.
Plan na drugi dzień zakładał przejście na Słowację, złapanie jakiegoś transportu publicznego i dojazd do miejscowości Biely Potok/Terchowa, która miała być miejscem startu do Małej Fatry.
Jako, że trasa okazała się dość długa a do tego jeszcze trzeba ten autobus złapać decyduję się na wczesny start.
Przy wejściu do Doliny Kościeliskiej jestem już kwadrans przed piątą. Jeszcze ciemno, ale mam nadzieję, że zanim się rozjaśni uda mi się zrobić kawałek dolinki. Idzie się dość dziwnie. Niby świeci księżyc, więc nie jest jakoś masakrycznie ciemno. Niby jest na tyle widno, że momentami wyłączam czołówkę i idę bez oświetlenia, ale jest trochę strasznie...

W pewnym momencie straszą mnie jakieś świecące oczy przy szlaku na zdecydowanie za dużej wysokości. Okazuje się, że to kot siedzący na jakimś stole czy ogrodzeniu...
Coby dać znać niedźwiedziom, że nadchodzę od czasu do czasu trochę szuram butami...

W okolicy Polany Pisanej, jakoś tak zupełnie nagle robi się widno i czołówka leci do plecaka.

Wschód słońca następuje jak jestem dokładnie przy schronisku na Hali Ornak, ale słońca w dolinie oczywiście jeszcze nie widać...
Pojawia się ono dopiero podczas podejścia, już pod samą Iwaniacką Przełęczą.

Na przełęczy chwila przerwy, bo z poziomic wynika, że dopiero teraz zacznie się najlepsza część...
Tutaj widać pierwszy z celów mojej wędrówki.

Szlak obrośnięty malinami i borówkami, ale się powstrzymuję, bo w końcu park narodowy.


I są też pierwsze ciekawe widoki.

Ten fragment szlaku bardzo mi się podoba - zarówno pod względem stylu - podejścia po kamieniach, co w sumie nie jest bardzo męczące jak i widokowości.


W końcu wypłaszczenie i ostatnia prosta przed Ornakiem.

Od tego miejsca mamy widoki w kierunku doliny Chochołowskiej i dalszej części Tatr Zachodnich.


Bardzo przyjemny fragment trasy - taka spacerowa "granióweczka" aż do Siwej Przełęczy.
Tutaj widok w kierunku Ornaku, z prawej Starorobociański. Z lewej na dole Zadni Ornak a w tle chyba Błyszcz albo Bystra.

To jest trasa a nie jakieś tam Czerwone...

Dopiero na Ornaku spotykam pierwszych ludzi. Okazuje się, że wyszli z Kir o 4 czyli jakieś 45 minut wcześniej niż ja...
To już za Zadnim Ornakiem. Widać szlak czarny z Chochołowskiej - nim podchodzą też dwie grupki.

Jakieś jeziorko w okolicy przełęczy.

Kolory jak z tapety Windowsa XP. Tylko pagórek trochę inny.

Już przed samą przełęczą.

Jak dla mnie fragment od Iwaniackiej do Siwej Przełęczy to chyba jeden z najpiękniejszych szlaków na jakich byłem.
Dolina Starorobociańska.

No i po chwili Siwy Zwornik, gdzie przebiega granica ze Słowacją. W jedną stronę można na Starorobociański, w drugą na Bystrą, a ja niestety muszę cisnąć w dół.

Tutaj idzie się bardzo nietypowo. Szlak to wąska ścieżynka, czegoś takiego raczej w Polsce nie widziałem. Niestety, ze względu na to, że wąska to idzie się tak średnio.


Na tym fragmencie widoki już trochę słabsze, ale jeszcze jest na co popatrzeć... Tam gdzieś na tych szczytach chyba szlak zielony z Jarząbczego.

Koliba pod Klinom

No i w sumie mniej więcej od tego momentu zaczyna się długa i mało porywająca dolina. A do przejścia jeszcze jakieś 10 kilometrów...


Wejścia na szlak w Uzkiej Dolinie pilnuje takie przerażające coś...

Tutaj mam nadzieję znaleźć jakieś jedzenie, ale niestety nie udaje się... Tak więc trzeba cisnąć do cywilizacji. Tym razem już asfaltem, czyli w sumie jeszcze gorzej. I to konkretnie dziurawym asfaltem.

Po tym fragmencie asfaltu, docieram do Pribyliny. Jest 13:15. Z tej miejscowości mam łapać autobus w Małą Fatrę. Po sprawdzeniu rozkładu okazuje się, że się trochę pospieszyłem, bo kolejny autobus dopiero po 15.
Docieram do przystanku w centrum wsi, siadam sobie odpocząć o przy okazji sprawdzam czy w okolicy jest coś interesującego (czyli w tym momencie głównie jedzenie).
Okazuje się, że jest jakiś bar, tak wiec po chwili siedzenia na przystanku zbieram się i idę w kierunku centrum wsi. Niestety bar okazuje się nieczynny. Niedaleko kolejny przystanek autobusowy, więc przynajmniej wracać nie trzeba. Po kolejnej pół godziny leżenia na ławeczce we wiacie, znajduję informację, że na drugim końcu wsi - jest jakaś restauracja. Zbieram się z wielką nadzieją i... okazuje się, że ona też jest nieczynna. Na szczęście kolejny przystanek jest zaraz na przeciwko.
W końcu przyjeżdża lekko spóźniony autobus. Jedziemy do Liptowskiego Mikułasza (?), tam mam złapać pociąg do miejscowości Żylina, skąd trzeba łapać kolejny autobus. W drodze kupuję bilet kolejowy. Po przyjeździe na miejsce okazuje się, że pociąg jest opóźniony jakieś 15 minut. W końcu przyjeżdża - okazuje się być nim jakieś Czeskie międzynarodowe Pendolino, a ja już mając do niego wsiadać wyłapuję informację po angielsku - obowiązkowa rezerwacja miejsc. Zerkam na bilet - o miejscówce ani słowa.
No ale co zrobić, wsiadam i zaraz po wejściu, tylko drzwi się zamknęły - kontrola biletów. Okazuje się, że miejscówki brak. Pani konduktor zaczyna mnie opierniczać po czesku czy słowacku, ale kiedy zaczynam jej odpowiadać po angielsku macha ręką i każe mi siadać na wolnym miejscu. Chyba w sytuacji pomaga to, że jadę jedynie niecałą godzinkę - 2 stacje i to w dość małych miejscowościach.
W pociągu sprawdzam rozkład autobusu do Bielego Potoku - okazuje się, że przez opóźnienie na przesiadkę będę miał jakieś 4 minuty. Jak tylko pociąg się zatrzymuje - bieg w kierunku dworca autobusowego. Umieram po pierwszych 200 metrach i zostaje jedynie szybki marsz. Na szczęście się udaje.
W Bielym Potoku idę do kwatery, którą mam zarezerwowaną. We wspólnej kuchni spotykam starszego pana oraz młodą dziewczynę - oboje z Polski...

Trochę rozmawiamy - okazuje się, że dziewczyna dzisiaj zrobiła trasę jaką ja planuję na jutro, ale w przeciwnym kierunku. Ostrzega, że będzie ślisko. Jeszcze nie wiem co ma na myśli, ale jak się okażę w ciągu najbliższych dwóch dni będzie to jednak najmniej śliski fragment w Małej Fatrze...