Jak wiadomo co trzeci Polak nie płaci mandatów, więc tym razem z Łukaszem postanowiliśmy się zabezpieczyć i do ekipy dołączył Zipi.
Jako, że nigdy nie szedłem szlakiem na Czerwoną Ławkę, a słyszałem, ze na tym szlaku jest taka ekspozycja, że aż dziewicom błona puszcza, to postanowiłem spojrzeć diabłu w oczy. Generalnie teza była taka, ze przez Czerwoną Ławkę pod ścianę będzie szybciej. Tak na prawdę czy było szybciej to ciężko określić. Łukasz powiedział, ze nawet nie chce komentować tempa jakie na samym początku narzucił Zipi. Ja rozumiem, że są wakacje i że istnieje prawdopodobieństwo że turystyczna gawiedź wykupi całą kofolę z Chaty Terry'ego, ale nie za cenę amputacji nóg. No cóż, sam nie byłem bez winy, jak tylko poczułem nosem, że zbiera się na rekord to włączyłem piąty bieg, naciskając skrzętnie ukryty za drugim kolankiem punkt G i popierniczałem do stawu umyć ręce. 1:55 nowy rekord. Robimy krótki rest, bo jeszcze dzisiaj mamy ciut do zrobienia.
Niestety przed nami nikt nie idzie. Czerwona Ławka nie zostanie przetarta przez nikogo. Nie mniej jednak żółte znaki wyznaczają nam drogę. Żółte? A czemu nie czerwone, albo czarne? Żółty to jest szlak na Szpiglasowy, a tam baby z reumatyzmem leżaki rozkładają. Ach te Słowaki, złośliwe bestyje!
W końcu po trzech i pół godziny męki znajdujemy się pod ścianą Małego Lodowego. W sumie nie wiem po jakiego czorta ja tam wyłażę, jak już tam kiedyś byłem. Z resztą z Czerwonej Ławki to nawet Ibisz by tam wygejował. Ale nie... Uparli się... Wydymamy se Motykę!
Myślę sobie: jest sześć wyciągów, nas trzech to tym razem się nie wymigam. Pierwszy jest prosty, to im powiem, że se poprowadzę, a później udam, że mnie kolano boli. Standard, zawsze działa. Jak zaczynam jeszcze charczeć, jak stary dziad, to wszyscy łykają.
Wyciąg bardzo ładny, widać, że pokolenia wspinaczy i podobnych do mnie ściemniaczy porobiło se w ścianie schowki na jedzenie i picie. Niestety jedzenia nie było, a do picia sporadycznie woda. Tak czy siak takich formacji w Tatrach ja jeszcze nie widziałem. Idzie się jak po schodach.
Mimo mojego niekwestionowanego talentu aktorskiego i aparycji Brada Pitta, musiałem poprowadzić kolejny wyciąg. Tym razem do pokonania miałem piątkowe miejsce, a jak wiadomo są to wyżyny moich możliwości, więc całą swoją energię musiałem zaangażować w napięcie mięśni okrężnicy.

Teraz zasuwa Łukasz. Chyba najtrudniejszy wyciąg. Najgorsze w nim jest to, że ktoś zabawny wbił haka w dziwnym miejscu, chyba po to żeby drugi na stanowisku poczuł wypływającą przez nogawki prowadzącego głębię natury. Na szczęście mój nieomylny nos wyczuł bułkę z kiełbasą i chwilę później wywnioskowałem, że nie ma sensu wychodzić zbytnio w górę, tylko od razu trawersować. Łukasz łyka więc trudności jak młoda Włoszka śmietanę na imprezie u Berlusconiego.


Kolejny wyciąg też fajny. Tym razem zmyliły nas kwiaty. Zipi chciał żeby mu Łukasz nazbierał dla żony. Trza siedzieć w domu, obiady gotować, dzieckiem się zajmować i sprzątać, a nie jakieś cioranie po ścianie! Kto to widział? Stary chłop, z dwoma innymi chłopami... Toż to Brukbek Montains! Dobrze, że nie było spuszczania na linie...
Jak się okazuje Zipi jak rękę podniósł to sięgnął prawie do stanowiska, a my z Łukaszem to musieliśmy dwa kroki zrobić do dobrego chwytu. Cóż... Nie trza było za młodu palić papierosów!
Kolejne dwa wyciągi prowadzi Zipi. Pierwszy piątkowy z fajnym prożkiem, a drugi to jak się okazuje nawet trójkowa płyta na tej drodze jest ładna. Niestety pod koniec mamy problem z komunikacją mimo, że wziąłem krótkofalówki. Z pewnością gdybym włożył do nich normalne baterie, a nie walce, w których tłoczą się leniwe gnomy, to byłoby lepiej. Chociaż kto tam wie czy w akurat tego dnia w fabryce nie zaoszczędzili na misce ryżu.
Niestety stanowisko końcowe znajduje się jeszcze przed całkiem łatwym terenem i dlatego postanawiamy przejść ten maly kawałeczek z liną.
A na szczycie... No niestety żadnych lachonów. Już widzę oczami wyobraźni, jak wchodzimy obwiązani linami, ze szpejem na torsie i grymasem bólu i olewactwa na twarzy. Te omdlenia, te westchnienia. A tutaj nawet kozicy nie ma, ani świstaka.
Spuściliśmy nosy na kwintę i doszliśmy do wniosku, że jest jeszcze szansa na lans... Idziemy na Lodową Przełęcz.
Droga miała być banalna. W sumie jeśli ominąć Harnaski Kopiniak. Prędzej baba policjant Ci daruje mandat za przekroczenie prędkości o 15km/h niż ja bym odpuścił taki fajny kopiniaczek.
Okazuje się, ze niestety zejście z kopiniaczka jest delikatnie mówiąc problematyczne, dlatego obchodzę uskok grani i dochodzę do banalnej ścieżki poniżej.
O dziwo jak się idzie dalej cały czas granią jest całkiem niezła zabawa. Może nie taka, jak w żeńskim akademiku, ale jak już się ma swoje lata, to dla człowieka nawet jazda w przegubowcu na tylnym kole jest sportem ekstremalnym.


http://www.obiektywni.pl/upload/realp/1 ... 450251.jpghttp://www.obiektywni.pl/upload/realp/1 ... 828331.jpgPewnie się zastanawiacie, co mnie posrało, że tak dużo zdjęć wrzuciłem? Aparat mi się przestawił i pstrykał zdjęcia co 5 minut, a ja , jak na prawdziwego mieszkańca Krakowa przystało, nie mogłem pozwolić na to, żeby bateria wyładowywała się za darmochę.
Na przełęczy zamiast lachonów, spotkaliśmy starego taternika. Nici z lansu, ale za to można było posłuchać trochę starych historii. Eh... Mroczne czasy!
No i koniec. Jak się weszło, to trza było zejść, a jak się zeszło, to trza było przyjechać do Krakowa. Później to już pieluchy, gary i szmata. Wrzaski, krzyki, gdzie gdzieś był łachudro!? Znowu piłeś kofolę!
Podsumowując piękną droga. Jedna z moich najładniejszych w Tatrach. Całkiem fajna grań. Sprawna akcja i doborowe towarzystwo, czyli jednodniowy urlop dobrze wykorzystany.