Od początku stycznia z małymi przerwami pogoda w Tatersach jest cacy. Po kilku dniowym załamaniu we wtorek ma być lampa. Całego dnia na góry poświęcić nie mogę, dziecka trza do szkół rozwieść, co też czynię, potem wpadam na dwie godzinki do roboty
Pierwotnie miałem jechać na zachód słońca na Pilsko, ale na Przełęcz Glinne jedzie się tyle co na Palenicę, więc wybór jakby oczywisty, Kozi Wierch będzie optymalny.
Start o 10:30 i równo po dwóch godzinach jestem na parkingu, mały przepak i o 12:40 ruszam w stronę Wodogrzmotów. Oczywiście by zdąrzyć na zachód o tej godzinie nie mogę zrobić tego czysto trekkingowo, czas przejścia z Palenicy na Kozi to 5h, ja mam 3h.
Jestem ubrany na lekko, buty trailowe z raczkami i kijki, na plecach lekki plecak z butami pod półałtomaty, raki, czekan, kask, puchówka, bukłak z paliwem.
Od Parkingu do Wodogrzmotów biegnę, w Roztoce wiadomo, raz pod górkę raz z górki, więc zbieganie lub szybki marsz, droga cały czas w cieniu.

Pierwsze spojrzenie na cel, oj dawno nie byłem na Kozim.


Na próg D5SP podchodzę czarnym szlakiem, chociaż widziałem ludzi, którzy szli zielonym pod Siklawę. Szlak jest dość stromy, szczególnie w górnej części a potem trzeba zrobić dość psychiczny trawers w kierunku schroniska. W sumie to pierwszy raz idę tędy przy takiej ilości śniegu i wygląda to średnio, bo lufa jest konkretna a miejscami wydeptane są tylko ślady na buta. Ludzie z dziećmi tamtędy chodzą, mogliby chociaż jakąś poręczówkę zrobić by było się czego złapać.

O 14:10 jestem przy schronisku, słońce grzeje jak w lipcu, mega ciepło jest, nie wchodzę do schroniska idę w stronę czarnego szlaku na Kozi.





Do 1/3 długości szlaku podchodzę w trailach, potem ubieram konkretniejsze buty i raki, bo jak już je tyle niosłem

Po drodze mijam schodzące osoby ze szczytu, w górę idę tylko ja. O 15:45 jestem na szczycie. Tak sobie wykombinowałem, że zachód będzie koło 16, potem sprawdziłem, że był o 16:18 . U góry jestem około 30min.






Piękna pogoda, czasami tylko chłodniejszy wiatr dmuchnie, chwilo trwaj.



Fajnie przy zachodzie szczyt rzucał cień.





Tylko pozornie jestem sam, okazuje się, że na szczycie zamieszkuje Nornica Ruda, nie bardzo się boi i nie przejmując się mną ciupie resztki zostawione przez turystów.

Na szczycie jestem tylko do momentu aż słońce dotknie horyzontu, nie chcę schodzić po ciemku.






Schodzenie idzie dość sprawnie, także doganiam jeszcze na dole jakichś maruderów, którym się nie spieszy do schroniska. Do schroniska docieram w półmroku o 17:10.


Kawka na jedną nóżkę i domestos na drugą i po 30min. zrywam się na dół. Odcinek zejściowy do Roztoki pokonuję w rakach, lepiej trzymają niż raczki przy wejściu. Po osiągnięciu dna doliny ubieram znów biegowe buty i na parking docieram o 19 totalnie zrypany
