Dawno już nie byłem w innych górach niż Tatry, więc jak tylko nadarzyła się taka okazja to z niej skorzystałem.
Wraz z dwoma kolegami z licealnej ławy postanowiliśmy wejść na drugi co do wysokości szczyt Beskidów – Pilsko, by ze szczytu oglądać zachód oraz wschód słońca.
W sobotnie przedpołudnie ruszyliśmy autobusem z Krakowa do Żywca, by po niecałych 3 godzinach podróży (całą drogę w potwornej ulewie), następnie godzinie przymusowego czekania na kolejny PKS, dostać się do Korbielowa. O dziwo Korbielów (a właściwie jego części zwana Kamienną) przywitał nas słońcem. Pogoda zmienną jest…
Prosto z autobusu ruszyliśmy zielonym szlakiem na Halę Miziową. Początkowo asfaltem, następnie kamienistymi ścieżynami, by w ostateczności wylądować na leśnej drożynie. Dawno się tak nie zmęczyłem. Krzyżne, Wołowiec, nawet Wrota które tak dały mi w kość (tzn. w kostki) to pikuś w porównaniu do tego cholernego podejścia. W górę po prostej, zero zakosów; idziesz, idziesz i końca nie widać. Jedynymi – ale jakże przyjemnymi – atrakcjami na szlaku są jagodowo-malinowe pola
W końcu, po niespełna 2 godzinach, dotarliśmy do schroniska, które schroniska zupełnie nie przypomina (no, może z zewnątrz); na podłodze wykładziny, w pokoju TV, prysznic, a nawet klimatyzacja, światło na czujnik ruchu (umieszczony przy wejściu na dane piętro; w nocy idzie się zabić, chyba że ktoś cały czas będzie stał w drzwiach…).
Po rozlokowaniu się w pokoju („trójka” – 30 zł/osoba) zeszliśmy do bufetu, który bardziej przypominał niezłej klasy restaurację niż schroniskowe jadłodajnie. I tak też było z cenami.
Ale nie przyjechaliśmy tutaj marudzić tylko w konkretnym celu, którego część pierwszą zaczęliśmy realizować po godzinie 19.
Skierowaliśmy się czarnym szlakiem ku granicy polsko-słowackiej (znów niezła stromizna po podłożu gliniasto-ziemno-trawiastym), by potem odbić w lewo i okropną drogą dotrzeć na przejście graniczne. Okazało się ono być zamkniętym (choć 20 jeszcze nie wybiła), ale że na szczyt (leżący w całości na Słowacji) wiedzie wąska ścieżka wśród wysokiej kosówki postanowiliśmy przekroczyć granicę na własną rękę. 5 minutek i Pilsko osiągnięte. Zaczęła się obserwacja cudownego zachodu; wielka czerwona kula słońca to wychodziła, to znów kryła się za drobnymi obłokami. Mgły rozpoczęły swój niesamowity taniec wśród zielonych szczytów okolicznych gór. Ta niesamowita gra słońca i mgieł do złudzenia przypominała najlepsze impresjonistyczne obrazy, jakich by się nie powstydzili Monet czy Cezanne.
No, ale słońce w końcu zaszło i trzeba by dojść na Halę. Droga okazała się być istną drogą przez mękę, a może inaczej: jazdą figurową na śliskim, błotnistym podłożu. Zrobiliśmy konkurs: kto pierwszy zaliczy zjazd na tyłku ten pierwszy idzie pod prysznic. W tych warunkach, przy dogasającym już dziennym świetle, na rozstrzygnięcie długo nie trzeba było czekać. Niestety na zwycięstwo szans nie miałem, gdyż całą drogę kijkami się podpierałem
Przed schroniskiem godzinka na wspomnienia liceum, oglądanie rozgwieżdżonego nieba i błyskawic gdzieś nad Babią Górą.
Potem wymarzony prysznic i spać, bo o 4 na wschód słońca przydałoby się wstać.
Ze wschodu nic nie wyszło, bo całą okolicę spowiły gęste mgły. A miało być tak pięknie…
No cóż, mówi się trudno.
Wracaliśmy żółtym szlakiem do Korbielowa. Droga ta jest trochę mniej uciążliwa, aczkolwiek wiedzie cały czas lasem, podczas gdy „zielona” bardzo długo otwartym terenem.
Po drodze o mały włos nie rozdeptaliśmy salamandry plamistej, która w zamian za darowane życie zgodziła się na krótką sesję foto.
W Korbielowie, na skraju lasu naszą uwagę przykuły niezliczone ilości drewnianych grzybów. Doprawdy ciekawy widok
W drodze powrotnej PKS się zepsuł (sprzęgło poszło). Przez przymusową przerwę zwiał nam autobus do Krakowa, ale w zamian poszliśmy w Żywcu na pyszne lodowo-owocowe desery. Żywiec pożegnał nas piękną nawałnicą z efektami dźwiękowo-świetlnymi
Wyjazd ok., cudny zachód, braku wschodu żal, ale i tak Tatry to Tatry. W nich przynajmniej nie idzie się żmudnie pod górę i pod górę, by kompletnie zmachanym wyjść na 1500 z hakiem...
