Trochę się rozpisałem więc z góry ostrzegam
Na miejsce wypadowe tym razem wybrałem Zoldo Alto (Pecol) - ze względu na piękne położenie i niewielką odległość od miejsc, które chcieliśmy odwiedzić. Moja żona nie należy niestety do osób wspinających się (chociaż zdarza się jej asekurować mnie w skałach

) więc przy doborze tras musiałem to brać pod uwagę – żeby wilk był syty i owca cała

Dom, w którym mieliśmy apartament:

Polecam, bo cena jedna z niższych w okolicy, a standard na przyzwoitym poziomie. No i widoczek z taraso-ogrodu pierwsza klasa, w jedną stronę na na Civettę...

... w drugą na Pelmo
Na pierwszy ogień poszła Moiazza.

Marzyła mi się cała ferrata Constantini, ale z wiadomych przyczyn musiałem odpuścić... Stanęło więc na wariancie Constantini Ovest wyprowadzającej na bivacco Ghedini:

Z tego miejsca otwiera się piękny widok na jutrzejszy cel czyli Civettę...

... oraz bardziej odległe grupy i szczyty, m.in. Punta Penię i Piz Boe, na które wchodziliśmy w zeszłym roku. Łezką się w oku zakręciła

Oczywiście musiałem zrobić „zooma” najbardziej chyba „kosmicznego” szczytu w Europie jaki widziałem


Okazało się, że czasowo nie wygląda to za dobrze więc żona postanawia zaczekać przy biwaku, a ja wrzucam wyższy bieg i ruszam dalej, ferratą Cengia Angelini (będącą częścią całej Constantini).
Po drodze jest fajna półeczka, którą trzeba przetrawersować. Oczywiście skoro jest lina to emocji nie ma ale wygląda to fajnie:

W planach mam wejść na szczyt Moiazza Sud ale z opisów wynika, że by się na niego dostać wytyczoną trasą trzeba obejść cały masyw i się później „wracać”. A że pora późna (nie spotkałem ani jednej osoby aż od Bivacco) i kominy wzdłuż ścieżki spokojnie nadają się do żywcowania (II-III) więc wciskam się w jeden z nich i po niedługim czasie melduję na pierwszym wierzchołku, z którego widać drugi, na który dostaję się krótką granią:

Trochę widoczków i „autofota”



A tu widać „uzbrojoną" grań którą miałem się na szczyt dostać, z powrotem również z niej nie korzystam bo systemem kominów opuszczam się kilkadziesiąt metrów poniżej gdzie powinna być ścieżka:

Powrót więc tą samą drogą, półeczka, biwak i na dół baaardzo długim żlebem.
No i już na lajcie zejście na przełęcz Duran przez schronisko Caristatio.


W drugi dzień ruszamy w „domową” grupę Civetty.Na przekór opisom nie korzystamy z wyciągu na przełęczy Palafavera, a wyruszamy bezpośrednio z domu w Pecol więc przed nami kawał drogi i przewyższenia. Ale po wczorajszej długiej trasie i dobrym winie wieczorem spało się świetnie więc power jest.


Po drodze przechodzi się jedną z piękniejszych „zawieszonych” dolin, jakie widziałem:

Tysiąc metrów podejścia za nami więc kawka w schronisku Coldai się należy. Schron położony jest w świetnym miejscu:

Genialnie z tej trasy prezentuje się szczególnie kolejny cel czyli M. Pelmo:

Rzut okiem na masyw Civetty w który zmierzamy. Na zdjęciu wyszedł malutki

Po chwili docieramy do początku ferraty Alleghesi, gdzie się rozstajemy. Żona pójdzie „via normale” do schroniska pod szczytem, gdzie się spotkamy.
Ferrata poprowadzona jest bardzo ciekawie, nie korzystałem (poza asekuracją i bodajże dwoma drabinkami) z przygotowanego żelastwa co dało możliwość bardzo długiego (robi się prawie 1000 metrów przewyższenia) ale łatwego technicznie wspinania. Ponieważ byłem sam i na dodatek nie spotkałem ani jednej osoby po drodze, wyłączyłem się prawie całkowicie i zasuwałem do góry delektując się w ciszy kontaktem ze skałą. Bardzo przyjemne doznanie





Oczywiście zdarzało mi się też rozejrzeć dookoła, szczególnie podobały mi się turnie naprzeciwko:


Rzut okiem na Wenedigera (tak mi się wydaje) i Glocka:


Na Pelmo i „nasze” miasteczko, z którego wyruszyliśmy:

Na Marmoladę, Sellę (i znowu to nieziemskie Piz Boe

) oraz Alleghe, jeziorko poniżej i okoliczne szczyty:



Że tempo było dobre i przerw sobie nie zafundowałem, już po niecałych 3 godzinach zameldowałem się na szczycie. Tam spotykam tylko rozebranego do majtek Włocha, który wbiega sobie na szczyt via normale co jakiś czas, również w zimie

Robi mi więc fotę z krzyżem i swoimi gratami


Stąd można było popatrzyć na wczorajszą „zdobycz”:

Zerkam też na Pelmo, które już mnie woła


Później szybko zbiegam do schroniska, zabieram kobitę i najpierw skałami, później piargiem schodzimy w dół:

Później łapie nas noc więc ostatnie półtora godziny zejścia lasem do miasta odbywa się przy blasku czołówki. W sumie zeszło 13 godzin
Trzeci dzień odpoczywamy i objadamy się włoskimi specjałami oraz zwiedzamy Belluno i okolicę
W dniu czwartym czas na Pelmo czyli wyróżniający się w całej okolicy masyw, który od początku pobytu wzywa mnie do siebie

Na szczyt MP nie wiedzie żaden szlak i żeby się na niego dostać trzeba pokonać osławioną półkę Balla

Zdjęcia masywu z oddali w relacji z dnia drugiego, tak prezentował się z balkonu naszej sypialni na zoomie:

Ruszamy z przełęczy Palafavera, skąd trzeba pokonać dość długie podejście do schroniska Venezia. Ale widoczki po drodze wynagradzają nudne robienie kilometrów. Szczególnie ładnie prezentuje się Civetta.



Ze schroniska ruszamy pod oznaczone na szlaku odejście w kierunku M. Pelmo.
Niestety żona widząc zaledwie pierwszy odcinek półki, który jest do pokonania wbija pazury w skałę i odmawia dalszej podróży

Ja ruszam więc w nieznane, ona szlakiem w kierunku przełęczy w celu częściowego obejścia masywu.
Półka Balla (a właściwie jest to jej kilka odcinków) faktycznie momentami robi wrażenie, do przejścia w poprzek jest dość długi odcinek składający się z trzech wielkich pionowych wcięć w górze. Została nazwana nazwiskiem Irlandczyka, który jako pierwszy ją odkrył, dzięki czemu mógł również zostać pierwszym zdobywcom samego szczytu. Jego przewodnik wycofał się po drodze ze strachu
W niektórych miejscach powbijane są haki i spity ale są na tyle od siebie oddalone, że asekuracja w pojedynkę robi się bardzo problematyczna i czasochłonna. Tylko w jednym miejscu założona jest lina do której można się wpiąć. Więc generalnie jeżeli nie jest mokro i jest się samemu to się z asekuracji rezygnuje

Trzeba natomiast bardzo uważać przez to ~30 minut potrzebnych do przejścia całego trawersu.
Kilka fotek z „kluczowych” odcinków:







Sekretna półka wyprowadza do wielkiego kotła, gdzie droga na szczyt staje otworem nie przedstawiając żadnych problemów technicznych. Czyli ostre zasuwanie do góry 2-3 godziny po piargach i progach skalnych


Na szczęście kopczyków po drodze jest masa wiec orientacja nie stanowi większego problemu. Spotykam też kilka schodzących osób, nikogo zmierzającego do góry. To motywuje mnie do ostrego przyspieszenia i trasę robię w trochę szalonym tempie, aż mnie z dwa razy przytkało
Po nużący, podejściu trzeba jeszcze przejść krótką grań, z której ładnie widać sąsiednie Pelmetto:

Jest też kilusetmetrowy pion w drugą stronę:
https://lh5.googleusercontent.com/-raem ... G_1442.jpgNa szczycie spotykam parę włoskich przewodników, którzy byli mile zaskoczeni moim tempem bo widzieli mnie z góry więc nie szczędzą mi pochwał, przy okazji cykając fotkę. Potwierdzam, że wszyscy polscy taternicy tak chodzą




Szybka przekąska, zameldowanie się przez radio i biegnę w dół.
Na tych zdjęciach widać jak kocioł się kończy i dlatego jedyną drogą wejściową/zejściową jest właśnie ukryta półka


Na dole można już odetchnąć, rzucić okiem na skały i zagrzać sobie obiad
Piąty dzień to wyjazd w grupę Pale di San Martino i ferrata Bolver Lugli + wejście na szczyt Cima Vezzana. Plan był taki, że ja robię ferratę i dochodzę na przełęcz pod szczytem, a żona wyjeżdża kolejką i dochodzi do mnie z drugiej strony
Podejście pod początek ferraty B-L odbywa się po zielonych trawkach:


Niestety nadchodzi wielka chmura i całą wspinaczkę robię w kiepskiej widoczności.
Kolejny raz nie spotykam nikogo, po sezonie czy co

Trasa bardzo mi się podobała, poprowadzona jest praktycznie w całości wzdłuż starej drogi wspinaczkowej (III), po której zostało jeszcze mnóstwo punktów w ścianie. Dlatego całą ferratę można spokojnie zrobić bez korzystania z liny i stopni co też czynię




Jak na złość po przejściu całej ferraty wypogadza się, dobre i to:



Stąd już łatwym terenem mijam Bivacco Fiamme Gialle i zmierzam na przełęcz Travignolo, gdzie miała czekać na mnie moja towarzyszka (która po wyjechaniu kolejką do Schroniska Rossetta miała dotrzeć tam „via normale”).

Na przełęczy ucinam sobie półgodzinną drzemkę bo okazało się, że trochę przesadziłem z tempem i to ja muszę poczekać

Później okazało się, że przejście z Rosetty to wcale nie jest spacerek w poprzek masywu a dość konkretna wyrypa po piargach i skałach. Zrobiło się późno więc postanawiamy, że tylko ja przebiegnę się na szczyt „na lekko” co da nam prawie godzinę oszczędności. Zakosami dostaję się na przełęcz i tam niespodzianka bo okazuje się, że szczyt to nie jest pierwszy wierzchołek który widziałem z naprzeciwka i czeka mnie jeszcze kilka pagórów i kawałek grani.




W samotności (norma na tym wyjeździe hehe) docieram na najwyższy szczyt grupy Pala – Cima Vezzana.
Szybka fota, rzut okiem w dół na płaskowyż Altipiano oraz drogę z drugiej strony masywu, po czym zbiegam na przełęcz.


Czas dogonić żonę

Podczas zejścia wymyślam by nie iść na kolejkę Rosetta a zejść na sam dół na nogach. Przecież to ostatni dzień więc można sobie dać popalić

Niestety pogoda znacznie się pogarsza, schodzimy w gęstych chmurach. Po czasie celowo zbaczamy ze szlaku i postanawiamy iść skrótem oznaczonym na mapie. Okazuje się, że prowadzi on olbrzymim żlebem z mnóstwem progów i urwisk co w takiej pogodzie i braku ludzi ma swój niepowtarzalny mroczny urok
Na dole góry odsłaniają nam się na pożegnanie:

Podsumowując – wyjazd bardzo udany, udało się przejść ciekawe ferraty i stanąć na czterech najwyższych szczytach odwiedzonych grup.
Było co wspominać leżąc następnego dnia na plaży w Chorwacji

Tygodnia bez gór nie wytrzymałem bo na wyspie na której byliśmy (Cres/Losinj) namierzyłem rejon wspinaczkowy

Wybraliśmy się tam w ostatni dzień pobytu, bardziej z ciekawości niż z zamiarem działania.
Pierwsza fota z neta, dwie kolejne moje.



Problem był tylko taki, żeby się do terenu wspinaczkowego dostać trzeba było w upale przemierzyć kilka kilometrów w paśmie górskim Osoršćica i zejść na totalne zadupie

Nie miałem też partnera do wspinu, więc po próbie na dwóch piętnastometrowych drogach VI+ z dolną i oderwaniu kawałka ściany dałem sobie spokój

Zainteresowanych odsyłam na stronę
http://www.tz-malilosinj.hr/Activity.aspx?id=14&mid=Aktivnosti_14 – jest tam topo i wykaz wszystkich dróg.